„ Wtedy przyszedł do Niego trędowaty i upadając na kolana, prosił Go:<< Jeśli chcesz możesz mnie oczyścić>>. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do Niego: <<Chcę, bądź oczyszczony>>. Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony."

(Mk 1, 40- 42)

Na drodze leżała sterta kamieni. Lipcowy żar, który lał się z nieba bez opamiętania, jakby nabrał świeżości. Z północy powiał lekki, orzeźwiający wiatr, choć gdyby była zima, powiedzielibyśmy raczej, że mroźny. Słońce zaczęło chować się za chmury, ale ta mieszanina promieni, wiatru i chmur, sprawiała dziwne wrażenie. Człowiek, który nigdy nie spotkał się z takim wieczorem, mógłby albo go pokochać za tę całą atmosferę nostalgii i tajemniczości, albo znienawidzić i chcieć jak najwcześniej o nim zapomnieć.

Nieopodal drogi, nieco zatarasowanej przez owe kamienie, stał dom, a dalej w górę ciągnęła się dróżka prowadząca do nikąd. A może raczej prowadząca w pola i lasy, w daleką przestrzeń, która choć otwarta i zapraszająca, to jednocześnie budząca grodzę. Nasz bohater nigdy nie zapuszczał się dalej jak za granicę dąbrowy z buczyną. Może brało się to z lęku, może wyrachowania, a może raczej z bardzo ostrożnej postawy względem wszystkiego, co niepewne. Tym razem jednak wyszedł z domu wcześniej niż zwykle. Delikatnie mówiąc miał chandrę i wolał nie pogarszać swojej sytuacji, patrząc na otaczającą go rzeczywistość, składającą się z kilku domowych sprzętów, które dzisiaj kojarzyły się mu jednoznacznie, a było to skojarzenie niemiłe.

Wyszedł. Z początku jego krok przypominał mocny, pewny koński stęp. W miarę jednak jak mijały kolejne minuty, czuł zmęczenie, co z kolei powodowało niemałe zdziwienie, gdyż nie tylko w swoich oczach uchodził za osobę silną i zaprawioną fizycznie. Pomyślał więc, że najwidoczniej stan psychiczny odbija się też na fizycznym i nic na to nie poradzi. Zaczął beztrosko kopać kamienie, a że w końcu rozbolał go palec, przestał. Doszedł do dąbrowy. Postanowił przysiąść na skraju lasu i popatrzeć na Słońce, które jak dotąd nie skryło się ostatecznie za horyzontem. Usadowił się na kamieniu, nieopodal rzeczki, przez którą trzeba było zawsze przeskoczyć, aby wejść do lasu. Ta rzeka jakby, nie wiedzieć czemu, chroniła przed przekroczeniem granicy kniei. Nasz bohater usadowił się więc na kamieniu i uniósł nieznacznie głowę. Na niebie, czystym przez cały dzień, pojawiły się obłoki, dość luźne, jak gdyby rozstrzelone. Pod nimi fruwały białe ptaki. Zataczały one coraz szersze kręgi, aż w końcu poleciały- każdy w inną stronę. Jeden z nich zleciał na ziemię i usiadł na krzewie maliny naprzeciwko chłopaka. Okazało się, że był to biały gołąb. „ Symbol pokoju"- przemknęło przez myśl nastolatkowi. Podniósł teraz jeszcze raz głowę, jakby spodziewając się, że z nieba spadnie złoty deszcz, bądź przyjdzie ukojenie dla jego udręczonej duszy. Promienie Słońca, prześlizgnęły się przez chmury, chcąc ogarnąć raz jeszcze cały świat i zniknęły wraz ze swoją matką. Gołąb zagruchał i odfrunął gdzieś daleko, upuściwszy pod nogi chłopca zieloną gałązkę. Nasz bohater miał się zacząć zbierać, aby wracać, gdyż każdy powrót po zmroku mógł się skończyć nieprzyjemnymi konsekwencjami w domu, jak i wcześniej- w czasie drogi. Podniósł się więc i otrzepał spodnie. Niechcący odwrócił się i popatrzył za siebie. Pobladł. Tuż za nim stał młody mężczyzna, na pewno starszy od niego, ale wyglądający, co najwyżej na trzydziestolatka. Miał na sobie białą bluzkę i takie też spodnie.

- Witaj- powiedział, uśmiechając się.

- Witaj- odrzekł chłopak i bez ogródek zapytał- Kim jesteś?

Mężczyzna pochylił głowę i odpowiedział:

- Posłano mnie tutaj, abym Ci pomógł.

- O co Ci chodzi? W czym masz mi pomóc?- zapytał ze zdziwieniem.

- Masz „doła"? Chcę, aby Ci przeszło. Mam na to tylko jedną radę. Powiedz mi, co jest w twoim życiu złego, co najbardziej ci przeszkadza, a Ten, który mnie posłał, ma moc dać ci pokój.

- OK. Powiem ci. Mam dość wszystkiego. A tak ogólniej...- chłopak zaczął wyliczać to, co denerwowało go w jego otoczeniu, a nade wszystko sobie samym. Na końcu powiedział:- Spełniłem twoją prośbę. Nie znam cię, albo mi się tak tylko wydaje. Pozwól mi więc odejść w pokoju.

- Dobrze. Tego chciałem i po to tu przyszedłem. Jesteś wolny. Możesz odejść. Popatrz- wziął do ręki kamień, obrócił go w dłoni- Widzisz? Tego już nie ma. – Wrzucił kamień do wody. Wpadł z chlupotem i popłynął z prądem strumienia, który jakby chciał go umyć.- Sam nie mam takiej mocy. Ale ma ją Ten, który powiedział mi dzisiaj wieczorem: „ Idź na skraj lasu i czekaj. Przyjdzie tam chłopak. Ty masz mu pomóc, a wiesz przecież jak to zrobić.". Przyszedłem. Bądź pewien, że teraz jesteś wolny jak tamten ptak.

Niebo rozdarła błyskawica, a po chwili dał się słyszeć grzmot. Chmura, której chłopak nie zauważył nadciągnęła bardzo szybko. Z nieba zaczął padać deszcz.

- Jestem wolny? Jestem wolny?! Jestem wolny!

- Tak w Imię Jezusa mówię Ci, że jesteś wolny! Zmykaj, bo się przeziębisz.

- Dziękuję!

- Jemu podziękuj! Trzymaj się!

Chłopak zaczął biec w strumieniach deszczu do domu. Już nie czuł znużenia, ani bólu nóg. Przeskakiwał kamienie i wskakiwał do kałuż. Deszcz nie był mu straszny. Nie bał się też tego, ze usłyszy, iż po zmroku się do domu nie wraca. Już tak naprawdę liczyło się jedno- był wolny.

„ A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata."

( Mt 28, 20)

Test nadesłała do nas Monika